Spuściłam dziś wufka ze smyczy. 16.00. Pusto, żadnych psów. Jesteśmy nad sama rzeka. Zmoczył się już dwa razy. Niech pochodzi chwil luzem, zaraz i tak wracamy - nie ma warunków do spaceru.
Gdzie tam!
Widzę na ścieżce coraz szybciej oddalający się zad wufka. Zbacza nad wodę. Wchodzi. Wyskakuje i biegnie w pełnym galopie ścieżką, naprzód, ile tchu w piersiach.
Uuups...
Dwa dziecka, nastoletnie, siedziały przy ścieżce. Skosił. No niezupełnie. Ale w biegu głupawkowym wpadł na nie, a one się nie spodziewały. Więc zaskoczone, mokre, śmiejące się. Bez zmiany tempa biegł dalej. A może coraz szybciej?;o)
Gdzie tam!
Widzę na ścieżce coraz szybciej oddalający się zad wufka. Zbacza nad wodę. Wchodzi. Wyskakuje i biegnie w pełnym galopie ścieżką, naprzód, ile tchu w piersiach.
Uuups...
Dwa dziecka, nastoletnie, siedziały przy ścieżce. Skosił. No niezupełnie. Ale w biegu głupawkowym wpadł na nie, a one się nie spodziewały. Więc zaskoczone, mokre, śmiejące się. Bez zmiany tempa biegł dalej. A może coraz szybciej?;o)
Uwielbiam patrzeć na to zerwanie do biegu. Byle naprzód i naprzód. A już od roku jest na to okazją incydentalnie. Znaczy - robię próbę ze spuszczeniem jak popełniając świadomie przestępstwo. Bo płaci za to nawrotem kulenia. Ale, co jakiś miesiąc, dwa, myślę, trzeba życie przeżyć, a nie iść obok niego. I puszczam. Na krótko. Niech się przeleci. :O)
Ostatnio upłynął wydłużony do roku termin prowadzania non-stop na smyczy. Bo gdy mokre łapy się poślizną na schodach, to rymps i pies znowu kuleje.
A dziś. Ciiii, wracał ze spaceru lekki jak piórko. Tak miekutko chodziły te nadgarstki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz