Sukę z "majorki" spotkaliśmy w połowie spaceru. Zabawna sucz. Biegała z takim pędem i dudnieniem, du-dum du-dum, że powinna paść, jeśli nie na zawał, to z przeciążenia stawów. Nie stało się tak, a jedynym objawem zmęczenia było picie wody. Właściwie nie różniła się w tym od Wufka, który biega luzem. On też zalicza każde zejście do wody przy pomostach.
Tym razem był na smyczy, więc choć trochę pogoniliśmy za wyrywającą do przodu suką, to nie biegał z nią luzem. A nawet można powiedzieć, że prawie ją ignorował, mimo dość częstych zaczepek.
Pan od suczki nazywał ją Kluska i powiedział, że to już ich drugie okrążenie, a ona wcale nie zamierza paść, no i że "po tej stronie" rzadko chodzą, bo raczej trzymają się boiska, gdzie mają towarzystwo innych suk, amstafek, "wie pani, jak one się zgadzają", no i że jemu się nie chce tyle chodzić, zwłaszcza zimą.
Pan rozważał też na głos plany matrymonialne, bo przecież suka ma już dwa lata, a w okolicy jest jeden rasowy-rodowodowy pies z majorki, więc byłoby można dopuścić, ale on nie chce... W każdym razie okazało się, że wkrótce suka będzie miała cieczkę. "Bo często już posikuje". 'O, to na dniach', dodałam i poszliśmy dalej. Nie było tematu. Aha, jeszcze powiedział, że ona i tak pewnie żadnego nie dopuści, bo dotąd je goni.
Nie było tematu aż do rozstania. Suka podeszła i odchodząc ustawiła się zadem do nosa Wufka. On - nos do wąchnięcia, suka - ogon do boku, ja - smycz do siebie. To tyle w temacie - nie dopuszcza. Ale żeby tak nie dawał po sobie poznać?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz