Równowaga Nasha to jedno z pojęć teorii gier. Opisuje ono sytuację, w której gracze zachowują się racjonalnie, a nie tak jak im dyktuje personalny interes każdego z osobna. Większość z tych, którzy oglądali film "Piękny umysł" z Russellem Crow pamięta postać profesora uniwersytetu w Princetown, który cierpiał na schizofrenię paranoidalną, i który, czego zapewne nie spodziewał się nikt z oglądających, potrafił znaleźć w umiejętności logicznego myślenia i eliminowania (nieprawdziwych) faktów pomocnika w określaniu tego, co jest prawdą, a co nie. W jego umyśle wizerunek był jak najprawdziwszy, dał się dotknąć, rozmawiał, dał się słyszeć, a jednak... nie podlegał prawom powszechnie obowiązującym w świecie. Nie starzał się. To z powodu sceny z dziewczynką zapamiętałam i film i genialną prostotę sposobu na 'rozprawienie się' z szaleństwem - zastosowanie logiki do produktów własnego umysłu.
Dziś przypomniał mi się ten film z powodu artykułu, na który natrafiłam w miesięczniku "Wiedza i życie" zaraz po spacerze, w trakcie którego przemyśliwałam na temat polemicznego artykułu, który rozgrzał atmosferę na pewnym forum dyskusyjnym. Tam starły się z zażartością bronione poglądy na temat indywidualnego postrzegania wydarzeń na ringu psów pewnej rasy. Każda ze stron widziała swoimi oczami swoją prawdę i nie bacząc na nieuchronnie związane z dyskusją razy, argumentowała tę jedyną słuszną prawdę najlepiej jak potrafiła.
Już na spacerze doszłam do wniosku, że nie ma możliwości ustalenia, co było tak zwaną prawdą obiektywną, bo w psychologii są znane i dobrze udokumentowane eksperymenty pokazujące , że niezależnie od obiektywnie obecnych elementów, każdy człowiek może daną rzeczywistość skrajnie inaczej postrzegać, tak że jedni będą widzieć spalony samochód tam, gdzie go nie było, a z kolei inni nie zauważą elementu szczególnie rzucającego się w oczy, jak na przykład było z człowiekiem przebranym za goryla, na którego w tłumie osób nikt nie zwrócił uwagi.
Zasadniczo, konkluzją do jakiej doszłam, było takie pytanie z logiki: ale o co chodzi? Co zyskają dyskutujące strony, jeśli przedstawią swoje racje tak, że ktoś im uwierzy? CZY coś zyskają? Czy może jest to taki układ, w którym każda ze stron może tylko stracić? A więc czy warto się w ten sposób spierać?
Wracam do teorii gier i zasady wychwyconej przez genialny umysł Nasha.
" Oto dialog z filmu:
NASH: Nazywamy to lekcją Adama Smitha, ojca współczesnej ekonomii. We współzawdonictwie indywidualne ambicje służą współnemu dobru. Każdy odpowiada za siebie. I odkładamy na bok przyjaźnie.
KOLEGA NASHA: Jeżeli nie weźmiesz się za blondynę, nikt się nie zabawi.
NASH: Adam Smith się mylił. Tu chodzi o blondynkę. Najpierw wszyscy spróbują z nią, ale dostaną kopa. Później pójdą po koleżanki, ale też się nie uda, bo nie będą chciały być drugimi. A co jeżeli nikt nie ruszy na blondynkę? Nikt nie wejdzie sobie w drogę i nie obrazimy opzostałych dziewczyn. I wszyscy wygrywają. To jedyny sposób, żeby się udało. Adam Smith powiedział, że każdy w grupie powinien robić to, co dla niego najlepsze. Tak powiedział, ale to nie jest pełne. Trzeba wziąć poprawkę na grupę. Każdy robi to, co dla niego i dla grupy najlepsze - równocześnie."*
Do czasu powstania rewolucyjnej i genialnej w swojej prostocie reguły równowagi Nasha obowiązywała zasada 'zdrowego' egoizmu Adama Smitha. Zastosowanie teorii gier do sposobów dyskutowania właścicieli i hodowców psów rasowych pozwaliłoby, żeby każdy trochę wygrał. A wtedy wzrosłaby nie tylko suma zadowolenia grupy ale wygrałby także interes wspólny - lepszy w przyszłości kształt psa tej rasy. Nash twierdził, zastanawiając się z kolegami w barze, co się stanie, gdy któryś z nich podejdzie poderwać blondynkę, że nie jest najważniejsze zawsze dbać tylko o własne dobro, bo są sytuacje, w których daje to przegraną dla wszystkich. A więc może czasemi nie jest najlepsze bronienie własnych racji, ale zobaczenie dalej, co jest lepsze jednoczesnie i dla nas, i dla ogółu?
maria
* cytat z "wiedza i życie" nr luty 2007.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz