wtorek, 6 lutego 2007

Kulawy i... kulawy

Śnieg pojawił się na prawie całe 2 dni pod koniec stycznia i ożywił pomysł spuszczenie psa na swobodę... Pierwotnie zakładałam, że do jesieni, a potem, że do lutego Wulfy będzie chodził na lince, w ramach przedłużonej rehabilitacji po naciągnięciu tych jakichś więzadeł w przedniej łapie. Spuścić miałam psa dopiero na pewniaka, gdy bieg po nierównym będzie dla niego bezpieczny. Czyli O ILE nie będzie nawrotów kulenia po wydłużeniu spacerów.
Tak więc na spacery krótkie albo bardzo krótkie chodzimy od wielu miesięcy, więc nie można się dziwić, że mam tego dość! Jestem znudzona i wiem, że wypatrywałam tej okazji, gdy po przywróceniu normalnej długości spacerów, pies nie będzie kuleć następnego dnia. Chodzeniem na linie zabezpieczałam zbytnie przeciążenia, jakie pies miałby biegając (czy muszę wspominać, że szaleńczo?) luzem. A i pazury przy dłuższych spacerach miały okazję się zetrzeć...
Te dłuższe spacery prowadziłam od tygodnia czy dwóch więc za krótko na porządną ocenę, ale się nie oparłam radosnemu śnieżnemu ożywieniu i poszłam z psem w ubiegłą sobotę na zwiadowczo jeszcze dłuższy spacer. W niedzielę, ponieważ nic się nie stało zauważalnie złego, czyli nie pojawiło się utykanie, poszliśmy na daleki spacer ponownie. I tu, nie przewidziałam, ale psu udzielił się mój nastrój. Było pięknie, skrzące w śniegu słońce ładowało energią... Niestety gdy naładowało psa... to pies z nagła dostał głupawki. Nie licząc się, jak zwykle w takich chwilach, z tym że lina kiedyś się kończy i ma na końcu niezły obciążnik, czyli mnie, pies ruszył w zabawową głupawkową galopadę. Puściłam linę, bo co mogłam zrobić... Przecież nie urwę psu szyi! Nie bałam się, że ucieknie. Bałam się, że znowu sobie coś skręci lub naciągnie...
Wiecie jak wygląda pędzący po łuku pełnym pędem husky i zatacza takich łukółw 3 lub 4? No to dodajcie do tego nierówną nadrzeczną łakę i wał i to obieganie bez względu na elementy terenu...
Wyłapałam go z niewielkim trudem i ponieważ nie szalał już, pozwoliłam na kontynuowanie poruszania się na swobodzie. Przeszliśmy niewielki kawałek wzdluż rzeki, bacznie wypatrywałam, czy pies idzie równo i przypominałam sobie, jak to cudownie iść z psem nie na smyczy...
Zakończenie? Niestety smutne. Od tego dnia mój pies kuleje niemal natychmiast po wstaniu i spacery mamy teraz parkowe, półgodzinne... Opowiadam o tym, bo smutno mi, że mam psa, który kocha biegać, a nie może, a cierpliwość i 8 miesięczny smyczowej niby rehabilitacji nic nie dały.

Brak komentarzy: