piątek, 19 stycznia 2007

orkan kirill i huragan u nas


Ufff, przeżyliśmy huragan! Mamy cały dach nad glową, co moze aż tak nie dziwi, bo przecież te dachówki przetrzymały zeszłoroczne ataki wichrów i jeszcze wcześniejszych tornad, ale nie spodziewalam się, prawdę mówiąc, takich błyskawic przecinających w poziomie całe niebo, czemu towarzyszyły spadki napięcia i ściemnienia, i przedłużający się grzmot. Był też hurgot i stukot czegos przelatujacego po dachu i popiskiwanie psa, ale... to byl Wufi, ktory spał i któremu coś się śniło. ;o)
Ja też wkrótce poszłam spać, bo od sylwestra trzyma mnie jakieś osłabienie, bóle gardła i duszność.
To cudownie, że mój pies nie boi się grzmotów. Ja też wlaściwie nie, chociaż sobie trochę ponawyobrażałam odlatywanie dachu i w końcu uspokoiła mnie dopiero myśl, że nade mną jest poddasze i może jak nawet coś zerwie ze skosów, to jeszcze zostanie płaski sufit...
Rano z zaciekawieniem nadstawilam ucha, ale przy tej prędkości wiatry były już pewnie koło Warszawy i zostało tylko poogladać, co urwało czy się przewróciło.
I sie przewrocilo. Ogromny kasztan wyrwalo z korzeniami. Spadl na szczescie na teren boiska przy drodze rowerowej, i zatarasował uliczkę, ale niewielką. Zeszliśmy z Wufkiem, zobaczyć dokładniej i Wufi się wwąchiwal w coś na brzegu wyrwy, a ja patrzyłam w ogromny lej po bombie u moich stop. Siła przyrody robi wrażenie. Korzenie wystające dwukrotnie mnie przewyższały.

Brak komentarzy: